Czyli nic o Niemczech, chwilę o Polsce i Holandii oraz nieco dłużej o Belgii

Pobyt w domu rodzinnym u Krzysia był stanowczo za długi. Wszelkie te tłumaczenia przysięgłe, ostatnie papiery do podpisania i zakupy do zrobienia ciągnęły się w nieskończoność, a tymczasem my myślami już od dawien dawna byliśmy hen, daleko. Łóżko pragnęliśmy zastąpić namiotem, rutynę przygodą, a widok zza okna nieprzerwanie zmieniającymi się krajobrazami przemierzanych szlaków. Tęsknota za kategoryczną zmianą stylu życia, która przecież miała nastąpić już dawno, dawno temu, ale została kilkakrotnie przełożona, stawała się nie do zniesienia. Z pewnością nie pomagała również wciąż niepogodzona z rzeczywistością mama Krzysia. Mąż mój, w naturalny sposób został obdarowany większą cierpliwością. Mnie trudno zdzierżyć taką dawkę narzekania i zaborczości.

Jakkolwiek, finalnie moment w którym wyruszyliśmy nastąpił, co zdaje się być oczywiste, skoro dziś jesteśmy tu, gdzie jesteśmy.

Przydługi pobyt w Oborze, urozmaicany przydługimi, radosnymi spacerami po polach

Początkowe plany dostania się autostopem do Berlina i złapania stamtąd pociągu do Brukseli uległy zmianie po drastycznym podrożeniu biletów. Dzięki podpowiedzi Tomka, brata Krzysia, przypomnieliśmy sobie że istnieje również carpooling i skorzystaliśmy z niego w drodze aż do Bredy w Holandii. Finalnie wyszło nam to na dobre, bo zajęło mniej czasu niż pierwszy plan. Niestety, cały etap podróży po Europie naznaczony jest pośpiechem, co zupełnie nam się nie podoba. Najpierw, by na czas dostać się do Gósol (do pracy przez workaway wcale wiele czasu nie pozostaje, bowiem w momencie ustalania pobytu, mieliśmy plany wyruszenia o miesiąc – dwa wcześniej niż ostatecznie się udało opuścić Polskę), później by na czas dojechać do Madrytu.

Carpooling przebiega sprawnie, bez przygód. Właściwie niewiele jest do opowiadania. Droga w samochodzie z minimalną ilością postojów bywa uciążliwa, ale jest do przeżycia. Pies znosi ją bardzo dzielnie, my zdaje się że również. Naszym kierowcą jest młody Polak, jadący do pracy gdzieś nad holenderskie wybrzeże. Małomówny, preferujący raczej słuchanie muzyki, głównie techno z nagraniami głosu Dja, zapowiadającego premierowe wykonania („umpa, umpa bum”, zamiast standardowego „umpa, umpa”) i pozdrowienia dla Marylki od Andrzejka. Choć głębszej znajomości nie nawiązaliśmy, nie można odmówić naszemu kierowcy uczynności, serdecznego nastawienia do Bestii i dobrych intencji. Przy pożegnaniu otrzymaliśmy od niego nawet wskazówki odnośnie tego, gdzie najlepiej w jego opinii rozbić się z namiotem i skąd skutecznie łapać autostop do Brukseli.

Wskazanym miejscem było przejrzyście czyste jeziorko pod Bredą z całą infrastrukturą rekreacyjną i sanitarną. Jeziorko oznaczało prysznic, toalety brak konieczności kopania latryny i tylko ta funkcja rekreacyjna finalnie okazała się dość problematyczna. Duża ilość osób wokół jeziora to znaczna przeszkoda gdy chce się rozbić z namiotem niezauważenie. Szczególnie, że Bestia po podróży był dość skonfundowany i ewidentnie potrzebował wyciszenia, a nie nerwowej nocy, poświęconej na stróżowanie.

Za dnia zatem pływaliśmy, ścigaliśmy się w wodzie z psem, piknikowaliśmy, śmialiśmy się i zwiedzaliśmy okoliczny niewielki rezerwat przyrody z terenami podmokłymi, a gdy kąpiące się rodzinki zaczęły być zastępowane przez pary,przybyłe podziwiać zachód słońca nad taflą wody oraz młodzież, rozpalającą co rusz grille i ogniska, zmyliśmy się w poszukiwaniu właściwego miejsca do rozbicia się. Z pewnością znalezienie takowego utrudniał fakt, że wszystkie okoliczne tereny były ogrodzone i oznaczone jako prywatne (kolejny raz z brakiem miejsca w tak nasilonym stopniu spotkamy się dopiero w jednym z górzystych, katalońskich regionów, będących niemal w całości poświęconych na pastwiska). Finalnie znajdujemy niewielki las, oddalony od dróg i hałasu, również ogrodzony, ale niezbyt starannie, po czym rozbijamy się z namiotem właśnie w tamtym miejscu. Nocleg okazuje się wyjątkowo spokojny.

Idealne miejsce na pierwszy nocleg

Następnego dnia z rana wyruszamy na miejsce, uznane przez naszego kierowcę za najlepsze do łapania okazji w stronę Brukseli. Po drodze jeszcze pies znika nam w polu kukurydzy, po tym jak dostrzega zająca, a my spędzamy dobry kwadrans oczekując aż znudzi mu się zabawa. Wraca mokry i radosny i zupełnie nie jest w stanie zrozumieć dlaczego podjęliśmy decyzję by jednak przypiąć go na smyczy.

Samochód udaje nam się złapać już po godzinie. Hurraoptymizm, bo przecież z psem miało to być znacznie trudniejsze, towarzyszy nam aż do wyjazdu z Belgii gdy odkrywamy że dzisiejsza okazja była zwyczajnym szczęściem, a nie standardem.

Do Brukseli podwozi nas miły holender pochodzenia senegalskiego, jadący odwiedzić swoją matkę w szpitalu. Co ciekawe, bał się on psów, ponadto jechał pięknym samochodem, kiedy spodziewaliśmy się bardziej byle furgonetki, w której sierść Bestii nie zrobi większej różnicy. Krzyś pilnował z tyłu psa, by nie zabrudził skórzanych obić foteli, ja natomiast zająłem się rozmową z naszym dobrodziejem. Podróż, mimo korków przebiegła wyjątkowo szybko, jak to zwykle w dobrym towarzystwie bywa.

Nim trafiliśmy do mieszkania u mamy, do którego ostatecznie zmierzaliśmy tego dnia, Bestia musiał przejść jeszcze jeden egzamin. Jeszcze dobrze nie opadły emocje związane z nagłą zmianą miejsca, a już spotkał się z metrem, którego nie znał i z… różnorodnością ludzi. Tak. O ile do tłumów nasz pies przywykł, po Floriańskiej czy krakowskim rynku chodzi z podniesionym ogonem, o ile ochoczo bierze udział w Marszach Równości i wszelkich protestach przeciwko PiS, o tyle różnorodności ludzi u nas zbyt dużej nie ma. I tak Bestia okazał się rasistą, choć na szczęście tylko przez dzień czy dwa, a później wyrósł z oceniania ludzi po wyglądzie, czego i wszystkim innym rasistom życzymy.

Z metrem oswoił się jeszcze szybciej. Choć nigdy nie korzystał nawet z pociągu, intuicyjnie zastosował wyuczone na komunikację miejską zachowanie, ładnie kładąc się przy nodze i czekając na komendę zwalniającą na naszej stacji.

Kolejne cztery dni spędzamy u mamy na miłych rozmowach, ciepłych posiłkach,serdecznych uśmiechach, przepakowywaniu i uczestnictwie w eventach. Samego zwiedzania Brukseli nie było, bo bywamy tam dwa razy do roku i zwiedziliśmy już bardzo wiele. Były jednak Dni Węgierskie, piknikowanie, w końcu fenomenalny festiwal afrykański z bajeczną muzyką ze sceny i, przede wszystkim spoza niej, tą graną przez zebranych w parku ludzi – spontanicznie, żywo, prawdziwie. Całe spektrum kolorów, wzorów, kształtów wyrobów folklorystycznych na rozstawionych kiermaszach, dużo uśmiechu i jeszcze więcej zabawy – kuglarstwa, baniek, chodzenia po linie, diavolo i tego wszystkiego, co lubię najbardziej.

Pobyt w Brukseli to też czas na odkrycia – te bardziej oczywiste, i te mniej. Z rzeczy drobnych, zaskakuje nas, że kurczak jest tylko dwa razy droższy od chleba, choć ten Bio to już dziesięciokrotność ceny pieczywa, to że krykiet w parku jest na tyle standardowy, że nikt nie zwraca nań uwagi, natomiast tą już z pewnością przykuwa grupa tańcząca do peruwiańskiego disco polo, że Zeekenen Pis, czyli sikający pies, został odwzorowany na tyle dobrze, iż przykuwa uwagę Bestii, który ochoczo podbiega obwąchać jego kuper, a następnie z przerażeniem obszczekuje ową dziwną istotę o metalicznym zapachu. Z rzeczy oczywistych, przede wszystkim, że z mamą miło spędza się czas i nigdy nie jest go wystarczająco dużo.

Tato, jego tyłek zupełnie nie pachnie!

Wyjazd z samej Brukseli to dzień piąty naszej podróży. Po uprzednim sprawdzeniu najlepszego miejsca na łapanie autostopu (polecamy hitchwiki.org), po odczekaniu aż mama załatwi wszystko, co załatwić musi, by mogła nas odprowadzić i ostatni raz wyściskać, wyruszamy na stację przy autostradzie na południe. Zmotywowani poprzednim autostopowym sukcesem, przekonani, że znalezienie serdecznego kierowcy zajmie nam raptem chwilkę, ochoczo machamy przygotowaną wcześniej tabliczką, uśmiechając się od ucha do ucha. Kierowcy odwzajemniają uśmiech, po czym przeważnie przyspieszają.

Optymizm maleje po godzinie, po dwóch już zaczynamy się lekko niecierpliwić, po pięciu jesteśmy zirytowani, co pomimo nieudolnych prób zamaskowania, z pewnością wypisane jest na naszych twarzach i nie pomaga w odniesieniu sukcesu.

Przechodzimy do planu awaryjnego, zaczepiamy kierowców, którzy zaparkowali koło nas. Głównie są to TIRy, z których co dziesiąty może jest na polskich rejestracjach. Krzysiowi udaje się „prawie” załatwić nam przewóz, co pozwala na złapanie się w nadziei tej ostatniej deski ratunku i kurczowe trzymanie jej nawet wtedy, gdy już wiadomo że pójdziemy wraz z nią na dno.

Już tłumaczę:

kierowca, którego Krzyś zaczepił, stwierdził że chętnie nas podwiezie jeżeli pod koniec jego ośmiogodzinnego postoju wciąż tu będziemy. Niestety, jego postój okazał się dwunastogodzinny. No i zmienił zdanie w ostatniej chwili. Mieliśmy mało przyjemną nockę na stacji, w deszczu, przed którym nieudolnie się ukrywaliśmy gdzie popadnie i braku nadziei na łapanie okazji w dalszej części podróży (ostatecznie zdecydujemy się na autostop dopiero w Hiszpanii i wyjdzie nam to znacznie lepiej niż tutaj).

Ruszyliśmy w pieszą wędrówkę po Belgii, z drobnym urozmaiceniem w postaci autobusu oraz pociągu (głównie przy największych nasileniach deszczu), zwiedzaliśmy średniowieczne starówki miasteczek, graliśmy na kalimbie w parkach, prosiliśmy po domach o uzupełnienie butelek wodą i odkryliśmy, że w belgijskich wsiach trudno o sklep spożywczy. Tak, w jednej znaleźliśmy miejsce, w którym można było zakupić bieliznę, w innym nagrodzoną gwiazdką Michelline restaurację, w żadnej jednak nie mogliśmy kupić chleba.

Przyjemne niespodzianki po drodze, czyli piękna architektura i chwilowe rozpogodzenie

Wraz z momentem opuszczenia Belgii, Bestia zaczyna wykazywać pierwsze oznaki przyzwyczajenia do nowej rutyny, jaką jest nasza tułaczka. Staje się nieco bardziej spokojny, chociaż wciąż jeszcze nie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Cóż jednak się dziwić, skoro i my popełniamy w tych pierwszych dniach mnóstwo błędów i nie czujemy się sami tak pewnie, jak byśmy chcieli. Wszystko przychodzi z czasem, a czas to jedyne, czego mamy w nadmiarze. W końcu do powrotu do kraju, jeżeli taki w ogóle nastąpi, nie spieszy nam się zupełnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *