Tak to się ostatnio złożyło, że jakimś cudem sposobem przejechaliśmy rowerami jakieś 1500 kilometrów przez Argentynę, zaczynając w Mendozie i kończąc w Concordii przy granicy z Urugwajem. A ja nawet nie przepadam za jeżdżeniem na rowerze – ale w towarzystwie Mateusza i Willa był to wysiłek bardzo satysfakcjonujący.

Taki sposób przemieszczania się pozwolił nam na poznanie kilku regionów Argentyny: Mendoza, San Luis, Córdoba, Santa Fe, Entre Ríos. Po krótkim rozpoznaniu w Urugwaju, wróciliśmy już bez rowerów i kontynuowaliśmy trzecią tułaczkę autobusowo i pieszo (jak za starych dobrych czasów).

Ten wpis składa się przede wszystkim z pocztówek z drogi, których mamy jakieś tysiąc dwieście sześćdziesiąt trzy, ale coś wybrać trzeba. Wyjaśnię tylko jeszcze o co chodzi z tym pomelo – w praktyce okazało się, że napoje o smaku pomelo, kupowane zazwyczaj na stacjach benzynowych YPF, są najlepsze podczas drogi – nie za słodkie, orzeźwiające, no i mający jakiś smak, w przeciwieństwie do zwykłej wody. Wielokrotnie próbowaliśmy urozmaicać smaki podczas postojów, ale zawsze wracaliśmy do pomelo. I takiż smak pozostanie w moich wspomnieniach z tego czasu.

 

Staraliśmy się omijać drogi krajowe, ale nie zawsze było to opcją – jak na przykład Ruta 7 Mendoza – San Luis.

 

Nasz świat z Chile od naszego świata w Argentynie odróżniają chmury o wszystkich możliwych kształtach, przetaczające się ponad równinami Mendozy.

 

Czas urozmaicały widoki nieskończonych przestrzeni pampy, otoczonej płotem.

 

Pierwsze rowerowe starcie z górami przyszło na północ od San Luis. Droga z San Francisco del Monte de Oro do La Carolina to jedna z najlepszych tras, jakie mogliśmy sobie wymyślić…

 

…ponieważ Pampa de Invierno…

 

…nie przestawała zachwycać się krajobrazami.

 

Między takimi samotnymi wzgórzami znajduje się wiele punktów archeologicznych – jedno z największych to Inti Huasi z śladami osadnictwa ludzkiego sprzed 10 tyś. lat.

 

Między San Luis a Cordobą przez chwilę było płasko.

 

Ale od czego jest trakt pielgrzymkowy świętego Cura Brochero? Ponownie kilometrowe przewyższenie i dodatkowo burza po drodze.

 

Ksiądz Jose Gabriel Brochero to święty niedawno kanonizowany przez papieża Franciszka. Zaraz, zaraz… czy Franciszek nie jest przypadkiem z Argentyny? A, zapomniałem, takie rzeczy jak „konflikt interesów” są wpisane w definicję funkcjonowania kościołów…

 

Po jakimś czasie dotarło do nas, dlaczego wszyscy inni rowerzyści na szlaku robią te trasę w przeciwną stronę. To znaczy w dół.

 

Santa Fe poszło szybko, spokojnie i odrobinę monotonnie.

 

Żarty o tym, że nie da się wsiąść do pociągu, nawet byle jakiego, można opowiadać w (prawie) całej Argentynie. Pociągi osobowe zniknęły z tego kraju jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Abra kadabra, prywatyzacja… puff…

 

Zagubieni w czasie. Albo w kukurydzy. Niepotrzebne skreślić.

 

Wyruszanie o świcie, międzyrzecze.

 

Spontaniczna zmiana trasy i zawitanie w Villaguay przyniosła wiele niespodziewanej wiedzy i radości. Ale o tym kiedy indziej.

 

Po drugiej stronie Urugwaj. Za rzeką Urugwaj.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *