Po przedstawieniu obrazu natury, warto by było powrócić na chwilę do miejskiej dżungli i spróbować czytelnikom zarysować jak wyglądają tutejsze ulice. Nie ma jednego obrazu, który można by namalować i stwierdzić, że swą stopklatką wyraża kwintesencję Chile. Ulice inaczej wyglądają na wsiach, inaczej w miasteczkach, a jeszcze inaczej w wielkich miastach. Te w Valparaiso drastycznie różnią się od tych w Puerto Montt, te z Concepcion nie przypominają tych z Santiago, a wszystko jeszcze zależy od tego w jakiej dzielnicy się znajdujemy, jaka jest pora roku no i przede wszystkim, czy na niebie widnieje słońce, czy zapadł już zmierzch.

Poczynając jednak od tego, co powszechne – Krzyś stwierdził pewnego dnia, że jest przekonany, iż aplikując o obywatelstwo w tym kraju, należy przejść egzamin z kuglarstwa. I coś w tym jest – każde większe skrzyżowanie oblegane jest przez ulicznych artystów, którzy wykorzystują czerwone światło, by dać dwuminutowe show dla oczekujących na przejazd samochodów. Taniec, klauni, akrobatyka, sztuczki magiczne i zabawy z piłką, ale przede wszystkim żonglerka – piłeczkami, kręglami, podpalonymi śmieciami, a w skrajnych przypadkach maczetami, służącymi później do wymuszenia nieco większych datków niż w przypadku innych występów.

Zastanawiacie się czy to legalne? To oznaka, że z pewnością nie jesteście stąd. Tutaj nikt takimi drobiazgami nie zawraca sobie głowy. Trzeba co najwyżej pominąć jeden występ, jak policjant się zbliża i wtedy wszystko jest ok. A że siedzisz przy skrzyżowaniu w stroju klauna, z monocyklem, podpalonymi piłeczkami i kucykiem czy lamą? Nie, panie władzo, ja tak do pracy wychodzę, przecież nie robię nic niezgodnego z prawem.

Inny sposób na dorobienie do pensji to sprzedaż uliczna – sprzedają wszyscy i wszystko, najczęściej jedzenie: słodycze, kanapki, czasem jakieś smażone przysmaki, tortille, soki naturalne, owoce – to wszystko pozwala zarobić głównie dwóm grupom społecznym: studentom, jako że studia tutaj są bardzo drogie (o tym później) i imigrantom oczekującym na wizę tymczasową i pozwolenie na pracę. Poza jedzeniem można kupić na ulicach mnóstwo plastikowych śmieci, ciuchów, płyt CD z piracko nagraną muzyką i wiele, wiele innych niepotrzebnych rzeczy. Asortyment rozkładany jest na kocu, przeważnie sprzedawcy trzymają się w nieco większych grupach, tworząc w losowych miejscach minimarkety uliczne. Jeden ze sprzedających zostaje wyznaczony jako stróż (funkcja wymienna) i wypatruje policji. Kiedy służby się zbliżają, wystarczy gwizdnąć, a wszyscy handlarze chwytają za końce swoich koców, zawijają je, zarzucają na plecy i szybkim krokiem oddalają się do najbliższej bramy by przeczekać zagrożenie. Rzeczywiście, zdarzają się wpadki, a wtedy to już mało ciekawie. Przeważnie grozi im drobna kara finansowa za sprzedaż bez pozwolenia, ale bardziej bolesna jest konfiskata towaru. Jak jest fajny, bo przecież policjant konfiskuje dla siebie, więc byle czego mu się brać nie opłaca. Umówmy się więc, że jak sprzedajesz protezy, to najprawdopodobniej pozwolą Ci je zostawić.

Sprzedajemy co popadnie

Pamiętajmy jednak, że policji tutaj nie zawsze chce się pracować. Wiele razy widziałem jak ktoś nie zdołał na czas się spakować i przyjął pozycję przepraszająco-pokorną. Policjant czy policjantka przeważnie wtedy nawet się nie zatrzymywali i nie spoglądali na takiego człowieka przechodząc dalej.

Ściśle powiązana ze sprzedażą uliczną jest sprzedaż marihuany i wszystkich produktów z niej wyrabianych. Prawo w Chile nie pozwala na sprzedaż, nie pozwala na posiadanie własnej rośliny w domu, ale nie zabrania posiadania niewielkiej ilości na własny użytek, zdaje się, że maksymalnie do 1 grama.

Palą wszyscy – młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni, średnio zamożni i najbogatsi. Na stacji metra można napotkać starowinkę handlującą hasz ciasteczkami, olejki z marihuany są łatwiejsze do znalezienia niż olej kokosowy, a wieczorami na ulicach bardziej imprezowych dzielnic mnóstwo osób oferujących zielsko. Tylko Ci z ulic to sprzedawcy nastawieni na gringo. Ich ceny są mocno zawyżone. Lokalni do handlu wykorzystują bezpieczniejsze kanały, jak na przykład… Grindr, aplikacja do umawiania się na seks dla gejów.

Tak, w ten sposób znacznie łatwiej się uchronić przed policją, łatwiej umówić się na odbiór, łatwiej zaobserwować z ukrycia kim jest kupujący i czy przypadkiem nie jest tajniakiem. Policja od niedawna infiltruje również to medium społecznościowe (przynajmniej wedle naszego znajomego, którego siostra pracuje w wydziale do spraw zwalczania handlu narkotykami), ale Grindr znacznie utrudnia identyfikację i złapanie sprzedawcy.

Wróćmy jednak do tematu sprzedaży garnków czy kaktusów na balkon zamiast tworzyć poradnik „jak zostać dilerem w Chile w weekend”.

Legalny handel odbywa się w wielu wyznaczonych przestrzeniach Santiago, bowiem w Chile to supermarkety są dla tych lepiej zarabiających, natomiast markety i targowiska dla znacznie uboższych.

La Vega Central to największy market z jedzeniem, który obejmuje trzy budynki-sektory: warzywno-owocowy, morski i mięsny. Pierwsze piętro pełne jest maleńkich restauracyjek, które wyglądają bardzo obskurnie, ale serwują wyśmienite dania wysokiej jakości (ze względu na bezpośredni dostęp do świeżych i tanich produktów). O ile przeciętna cena posiłku w średniej jakości restauracji wynosi tu około 12 000 pesos (72 zł), o tyle w La Vega, prosząc o colaccion, czyli posiłek dnia, składający się z zupy i drugiego dania, zapłacimy raptem koło 3 000 pesos (18 zł).

Później mamy BioBio market, funkcjonujący w mniejszym lub większym stopniu każdego dnia, ale przede wszystkim rozkwitający w piątki i soboty. Jest to niemalże cały gigantyczny dystrykt, podzielony na dziesiątki sektorów: sprzedaż ubrań, staroci, elektroniki, oddzielny blaszak na same pegasusy, rowery, chemia gospodarcza, jedzenie, meble i wiele, wiele innych. Idealne miejsce na zwykłe zakupy lub poszukiwanie perełek (rzeźby ludzi w skali 1:1, działająca sygnalizacja świetlna, automaty do gier z lat 70-tych) Tutaj nikt się nie przyczepi, jeżeli przyjdziesz z tym, co zalega Ci w domu i spróbujesz sprzedać zbytek przechodniom. Sami to nieraz robiliśmy, odzyskując w duchu zero waste przynajmniej część pieniędzy wcześniej wydanych.

W końcu Barrio Italia i Barrio Lastaria. To pierwsze to jeden wielki market designu, hiperdrogiej, przepięknej hipsteriady. Każda restauracyjka wygląda niczym z katalogu Kare Design. Można kupić żywność ekologiczną i wegańską (tutaj to na prawdę zdarza się sporadycznie), mydła domowej produkcji, ręcznie wyszywane lalki i ubranka.

Barrio Lastaria to natomiast idealne miejsce, żeby kupić obraz, tomik poezji, albo jakąś niewielką rzeźbę z drewna czy wyrób ceramiczny. Taki niewielki skrawek ziemi, szczęśliwie przywłaszczony sobie przez artystów.

Do tego jeszcze dochodzi niedziela – dzień handlowy. W niedzielę w Polsce zamyka się markety, a w Chile tymczasowe markety powstają jak grzyby po deszczu. Ludzie ze wsi przyjeżdżają do miasta i otwierają swoje stragany w każdym możliwym dystrykcie. Jest znacznie taniej niż w sklepach, jest zero waste (jak weźmiesz swoje opakowania i za każdym razem przypomnisz sprzedawcy, że “sin bolsa, porfa!”, “bez torebki proszę”), jest zdrowiej i pieniądze trafiają do tych, którzy potrzebują ich bardziej niż wielkie korporacje. Zakup warzyw i owoców na tydzień, na dwie osoby to koszt rzędu 20 000 – 25 000 czyli jakieś 120 – 150 zł. W supermarkecie to koszt jedno- dwudniowych zakupów. Różnice są więc znaczące.

Kocham uliczne markety, kocham tych przekrzykujących się handlarzy, którzy wołając w tłum, że akurat mają tańsze truskawki, potrafią robić to tak umiejętnie, że wydaje się jakby śpiewali. Już troszkę mniej lubię te tłumy, co to depczą Ci po nogach i fakt, że wszędzie próbuje się wszystko zawijać w tony plastiku, no ale cóż poradzić.

Problem z plastikiem jest również w większych marketach. Zwyczajem jest, że przy kasie stoi tak zwany pakowacz. To przeważnie student/ka, który pakuje Ci produkty do toreb w zamian za pieniądze. Zwykle jedna rzecz w jedną torebkę, żeby hojnie było. Inna forma żebractwa, znacznie bardziej szkodliwego, bo produkującego śmieci. Kiedy zwracasz uwagę, że zapakujesz sobie produkty sam, bo przyniosłeś swoje reklamówki czy tam plecak, to patrzą jak na dziwoląga albo skąpca. Szczęśliwie są kasy samoobsługowe, które w takiej sytuacji stają się bardzo przydatne.

Tutaj, żeby zwrócić częściowo honor, muszę przyznać, że Chile uwagę na zanieczyszczenie środowiska zaczyna powoli zwracać. Poprzednia władza usiłowała legislacyjne wymusić pewne zmiany (nowy rząd działa zbyt krótko by zobaczyć czy będzie to kontynuowane). W niektórych miastach zakazano plastikowych jednorazówek, w innych planuje się wprowadzić opłaty za ich używanie. Mimo wszystko świadomość społeczna jest bardzo nikła, a ruch zero waste ogranicza się do garstki osób, głównie zamieszkujących najbogatsze dzielnice stolicy, ergo o europejskim lub amerykańskim pochodzeniu.

Są więc uliczni sprzedawcy, są skorumpowani policjanci, jest przestępczość, prostytutki i narkotyki powszechne do tego stopnia, że odpoczywając na ławce, usiadłem raz koło woreczka amfetaminy. Nieszczęśliwie sam go nie zauważyłem, jednak nie umknął on uwadze przechodzącego patrolu policji. Na szczęście policjanci nie lubią pracować zbyt wiele, więc po krótkim zapewnieniu, że to nie moje, chwilę się zastanowili, po czym zabrali woreczek, a mnie zostawili w spokoju.

Co jeszcze?

Ulice pełne są bezdomnych psów – wspaniałych, nieagresywnych zwierzaków, które nigdy nie cierpią głodu (dokarmia je tu absolutnie każdy) i które nauczyły się jak funkcjonować w środowisku miejskim do tego stopnia, że czekają na pasach aż zbliży się jakiś człowiek i przechodzą przez jezdnię tylko przy nodze przypadkowej osoby, unikając tym samym potrącenia przez samochód, że potrafią czekać na przystanku autobusowym na komunikację miejską i skorzystać z niej według potrzeby, że wchodzą w mariaż z bezdomnymi, zapewniając sobie nawzajem opiekę. 

Rozmieszczenie sklepów z marketingowego punktu widzenia jest nieco nieintuicyjne. Jeżeli bowiem potrzebujesz optyka, najlepiej udać się na ulicę optyków, gdzie znajdziesz dwadzieścia salonów jeden koło drugiego. To samo ze sprzętem elektronicznym czy barberami. Logistyka wymagałaby bardziej regularnego rozmieszczenia w przestrzeni miejskiej, ale co tam logistyka! Tutaj nawet nie pofatygowano się, żeby nazwy ulic urozmaicić. W mieście zdarzają się przynajmniej trzy lub cztery ulice o tej samej nazwie – bez informacji o dzielnicy do której chcemy się udać, łatwo się zagubić.

Parki Santiago są wielkie, świetnie utrzymane, często ze względu na bezdomnych zamykane w nocy (choć nie wszystkie i te niestrzeżone pełne są namiotów koczujących biednych). Często to całe kompleksy z boiskami, restauracjami, salami koncertowymi i innymi atrakcjami.

Jeden z miejskich parków w stolicy

Zabudowa w zdecydowanej większości dwudziestowieczna, bowiem co starsze, pochłonęły ze sobą terramotos, trzęsienia ziemi. Dużo budynków wątpliwej jakości, lecz ich pierwotną brzydotę zakrywają wspaniałe murale. Jest Ich mnóstwo, absolutnie wszędzie. Mówi się, że to Valparaiso słynie z wielkich i wspaniałych murali. Rzeczywiście, Valpo to miasto obrazek – trudno o skrawek tynku, który nie byłby zagospodarowany, ale i w samym Santiago wiele się dzieje i miłośnicy street artu poczują się jak w raju. Szczególnie warto im polecić dwa dystrykty – turystyczna i mocno imprezowa Bellavista, do której z pewnością trafią tak, czy siak, ze względu na ulokowanie w centrum i mnogość hosteli w okolicy (to też nocne serce miasta z milionem klubów i pubów) oraz Museo a Cielo Abierto, czyli Muzeum pod otwartym niebem. Znajduje się ono koło stacji metra Departamental i jest zwykłą dzielnicą, którą kilkadziesiąt artystów z całego świata zamieniło w wielką galerię sztuki. To jedna z tych atrakcji, które są pomijane przez obcokrajowców, jako że nie w każdym przewodniku znajdziecie informacje o niej i znajduje się dość daleko od centrum. Jadąc tam, istnieje całkiem duże prawdopodobieństwo, że będziesz jedynym obcokrajowcem w okolicy. Jest pięknie, warto, ale trzeba pamiętać, by nie wybierać się na wycieczkę w tamte regiony późniejszym wieczorem i by szczególnie uważać na swój portfel czy aparat fotograficzny. Muzeum ulokowane jest w jednej z biedniejszych i mniej bezpiecznych dzielnic Santiago.

Plaza de Armas – główny plac Santiago. Mówi się, całkiem słusznie, że jeżeli chcesz zapoznać się z całym przekrojem społecznym miasta w kilka minut – warto wybrać się właśnie tam. Imigranci i lokalsi, młodzież grająca na instrumentach, staruszkowie rozgrywający ze sobą partię szachów, pan z mikrofonem namawiający do oszczędzania wody (tutaj niestety globalne ocieplenie już działa w sposób przerażający. W sąsiednim Peru, Argentynie i Boliwii lokalnie wprowadzono ograniczenia w dostępie do wody. Chile w niedalekiej przyszłości też to czeka), gdzie indziej występ tancerzy Cueca i pani która chce porozmawiać o Chrystusie. Tłoczno, interesująco, pięknie. Sam plac pełen roślinności, przyjemnych knajpek w okolicy i fantastycznej atmosfery.

Ulice pełne turystów znajdziecie natomiast w okolicy stacji metra Quinta Normal, gdzie przy i w parku o tej samej nazwie umieszczone jest kilkanaście różnorodnych muzeów. Zdecydowanie najbardziej godnym uwagi jest Muzeum Praw Człowieka i Pamięci. Wejście jest darmowe dla wszystkich, jednak jeżeli nie mówicie płynnie po hiszpańsku, warto zaopatrzyć się w elektroniczny przewodnik, który można wynająć już za 2000 – 3000 pesos. Przewodniki nie są dostępne w języku polskim, ale bez problemu znajdziecie te angielsku, hiszpańsku, francusku, portugalsku czy niemiecku. Informacji jest tak wiele, że można spokojnie w środku spędzić cały dzień. Wszystko przedstawione jest w sposób atrakcyjny, z mnogością materiałów zdjęciowych, filmowych i dźwiękowych. Warto, bo w szkołach niewiele uczymy się o tym, co Pinochet zdziałał w Chile. Dyktatura Pinocheta była znacznie bardziej brutalna od komunizmu. Była absolutna, niespodziewana, wymuszona przez Amerykanów. Pochłonęła wiele istnień ludzkich i niestety, pozostawiła trwały ślad w świadomości ludzkiej. Dla osób starszych to temat tabu – poruszenie go w towarzystwie wywołuje zakłopotanie. Nie chcą o nim rozmawiać, bowiem wielu z nich popierało reżim. Społeczeństwo było bardzo podzielone – kiedy jednych sąsiadów mordowano, drudzy z radości tańczyli Cuecę na ulicy. Brzmi to groteskowo, przerysowanie, jednak niestety jest to rzeczywiste odzwierciedlenie tego, co działo się w tamtych czasach. Młodsi wciąż noszą w sobie namiastkę strachu, którą przekazali im ich rodzice, jednak nie jest ona już tak silna. Raczej jednoznacznie uznają reżim za zły, trudno szukać wśród nich zwolenników Pinocheta czy tęsknoty za dawnymi czasami.

Historia wieloletniego sukcesu dyktatury to efekt mieszania się Amerykanów mieszających się w politykę wewnętrzną kraju. Woleli oni zdestabilizować kraj, niż pozwolić mu przechylać się w stronę socjalizmu i tym samym zagrozić swojemu bezpieczeństwu poprzez stworzenie podczas zimnej wojny “drugiej Kuby” w okolicy.

Kawiarnie na dzień, kawiarnie na noc

Kawiarnie w Santiago dzielą się na te tradycyjne, jakich pełno na całym świecie i specyficzne dla kraju “Cafe con Piernas”, czyli kawy z nogami, w dosłownym tłumaczeniu.

Jeszcze 20 lat temu nie było zwyczaju wychodzenia z domu na kawę na mieście. Ludzie, jeżeli już w ogóle pili ów trunek, robili to wyłącznie w swoim domu. Jako że kawiarnie stymulują wzrost gospodarczy, postanowiono wprowadzić nowy zwyczaj. Rozpowszechnianie tradycji postanowiono rozpocząć od dzielnicy biznesowej, wszelkich pracowników korporacji, którzy mieli odpowiednie zaplecze finansowe, jednak podczas przerw w pracy w biurowcach, najchętniej pozostawali na miejscu.

Postanowiono stworzyć miejsca, w których czarny trunek będzie serwowany przez panie w miniówkach, pokazujące przy okazji swoje nogi i zadziałało. Nowy zwyczaj się przyjął.

Czas minął, nastąpiła ewolucja miejsc. Obecnie posiadamy w Chile dwa rodzaje przybytków cafe con piernas – soft, które nadal są kawiarniami z paniami w miniówkach i te nieco…. No dobrze, nie nieco – te bardziej hard, z kurtynami w oknach, niewiele różniące się od nocnego klubu. Mimo upływu czasu, nadal nie powstał odpowiednik cafe con piernas z mężczyznami. Luka na rynku, którą warto zagospodarować?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *