Etap podróży pod tytułem „Unia Europejska” zmierza powoli do końca. Spędziliśmy na tułaczce po Unii do tej pory łącznie 62 dni, spędzimy jeszcze cztery. Czas więc na pewne podsumowanie.

Podsumowanie zawiera przede wszystkim skrupulatne zapiski odnośnie naszych wydatków. To ważne, bo z każdym kolejnym dniem usiłujemy je minimalizować i tylko dogłębna analiza pozwala nam robić to skutecznie. Czy oznacza to, że wydajemy najmniej jak się da? Nie zawsze. To nie wakacje, to dłuższa wyprawa. Jeśli czasem zachce się zjeść coś ciepłego, robimy to. Nie mamy w perspektywie szybkiego powrotu do kraju i nadrobienia obiadowych zaległości. Jeżeli jednak możemy gdzieś oszczędzić, staramy się to robić.

Planując nasz dzienny budżet, opieraliśmy się na wielu wyliczeniach innych podróżujących osób, więc publikujemy i nasze wydatki w nadziei, że komuś mogą się przydać. Oczywiście każda droga jest inna. My musieliśmy wydać nieco więcej na transport, bo gonił nas termin workaway i wylotu. Bestia też pochłonął nieco gotówki, której nie trzeba uwzględniać w wydatkach gdy nie ma się ze sobą psa.

Dla tych, których finanse nie interesują, wtrącamy co nieco ciekawostek.

Ok, zobaczmy jak to wygląda:

1836 euro wydatków przez 62 dni
29,61 euro dziennie na dwie osoby i psa
13,15 euro dziennie na osobę

Spędziliśmy łącznie:
2 dni w Holandii
5 dni w Belgii
6 dni we Francji
49 dni w Hiszpanii

Holandia

Pobyt w Holandii kosztował nas 10 euro.
5 euro/os.

Nie jest to zbyt wymierne wyliczenie kosztów, jako że byliśmy zaopatrzeni jeszcze w zapasy zabrane z domu. Wszystek pieniędzy został wydany na posiłek fast-foodowy ostatniego dnia pobytu, tuż przed łapaniem autostopu.

Nocleg w Holandii spędziliśmy w namiocie, w okolicy bajecznego jeziora z przejrzystą wodą, a równocześnie nieco w głębi od wszelkich dróg, w lesie.

Po Holandii przemieszczaliśmy się wyłącznie autostopem.

Belgia

W Belgii przebywaliśmy łącznie 5 dni, z czego trzy spędziliśmy urodziny, następne dwa pod namiotem. Pobyt u rodziny zniwelował koszty, więc i w tym przypadku nie można rozpatrywać ich jako wskazówki dla osób pragnących wybrać się w podróż.

Przemieszczając się przez kraj, postawiliśmy przede wszystkim na pieszą wędrówkę i pociąg. Po Brukseli jeździliśmy metrem.
Nie płaciliśmy za żadne posiłki w restauracjach, a podczas drugiej części tułaczki po kraju wyżywienie kupowaliśmy w tańszych sklepach. Staraliśmy się korzystać z pitnej wody z kranu, kiedy tylko było to możliwe. Tym samym nieco zaoszczędziliśmy, ale przede wszystkim zmniejszyliśmy ilość produkowanego plastiku. W końcu jednym z czynników motywujących nas do zmiany trybu życia na koczowniczy była możliwość produkcji mniejszej ilości śmieci.

Wydatki wyniosły nas 53 euro.
10,6 euro na dzień
5,3 euro na osobę

28 euro wydaliśmy na transport, w tym:
– 4 euro metro
– 4 euro autobus
– 20 euro pociąg

25 euro wydaliśmy na żywność (zakupy)

Francja

Sześć kolejnych dni to Francja i dwa jej oblicza. Pierwsze, Nord oraz drugie – wybrzeże. Francja jest najbardziej kosztownym krajem spośród wszystkich przez nas odwiedzonych. Dodatkowo koszty zwiększa fakt, że postanowiliśmy przemierzyć ją szybkim pociągiem.
Tutaj jedną z nocy, tą w Marsylii spędziliśmy na airbnb. Reszta to noclegi pod namiotem.
Poza szybkim pociągiem kraj przemierzaliśmy również przez carpooling, standardowymi pociągami regionalnymi, pieszo i kawałek busem podmiejskim. W przypadku TGV wymagany był również zakup biletu dla psa.
Żywiliśmy się głównie sami, kupując możliwie najtańsze produkty w sklepach i równocześnie dbając o różnorodność diety. Łatwiejsze było to na północy kraju. Ceny z wybrzeża bardzo wysokie. Raz stołowaliśmy się w obiekcie typu fast food.

We Francji wydaliśmy łącznie 473 euro
78,83 euro na dzień
34,42 euro na osobę (bez psa)

40 euro wydaliśmy na nocleg z airbnb

264 euro wydaliśmy na transport, w tym:
– 220 euro na TGV
– 30 euro na carpooling
– 10 euro na kolej regionalną
– 4 euro na autobusy

60 euro wydaliśmy na bilet dla psa

109 euro wydaliśmy na żywność,w tym:
– 94 euro na zakupy
– 15 euro na fast food

Hiszpania

Tutaj spędziliśmy najwięcej czasu, bo aż 49 dni. Tym samym nasze wyliczenia z tego kraju można uznać za najbardziej dokładne, choć należy pamiętać o workaway, które znacząco obniżyło koszty i o wydatkach związanych ze zbliżającym się wylotem, które natomiast te koszty powiększyły.
Nocowaliśmy w zdecydowanej większości przypadków przez workaway i pod namiotem. Trzy noce spędziliśmy również na couchsurfingu, cztery w hostelu, a jedną w hotelu typu Budget.
Przemieszczaliśmy się przeważnie pieszo, choć w końcowej fazie tułaczki, by zdążyć na czas do Madrytu, wspomagaliśmy się też pociągiem. W stolicy korzystaliśmy okazjonalnie z metra.
W Hiszpanii często kupowaliśmy napoje orzeźwiające i kawy w restauracjach. To dobry i tani sposób, by móc przy okazji przeczekać deszcz, bądź odświeżyć się w łazience, gdy wokół pustynia.
Stołowaliśmy się głównie sami, choć kilkukrotnie zdarzyło nam się również zjeść coś w restauracji. Czasem była to konieczność (w niedziele sklepy są pozamykane, restauracje prawie zawsze jednak otwarte), kiedy indziej typowa chcica.
Ostatni etap podróży po Europie to również uzupełnianie ekwipunku, niewielkie, już zażegnane problemy zdrowotne oraz większe wydatki związane z psem.

W Hiszpanii wydaliśmy łącznie 1300 euro
26,53 euro na dzień
11,79 euro na osobę (bez psa)

165 euro wydaliśmy na noclegi, w tym:
– 125 euro na hostel
– 40 euro na hotel

82 euro wydaliśmy na transport, w tym:
-76 euro na pociągi
– 6 euro na metro

145 euro wydaliśmy na psa, w tym:
– 60 euro na karmę
– 50 euro na weterynarza
– 30 euro na zakwaterowanie
– 5 euro na smakołyki

19 euro wydaliśmy na rozrywkę, w tym:
– 10 euro na basen
– 8 euro na prezenty urodzinowe
-1 euro na kafejkę internetową

74 euro wydaliśmy na ekwipunek, w tym:
– 50 euro na przesyłkę rzeczy z Polski
– 15 euro na buty
– 5 euro na okulary
– 2 euro na portfel
– 2 euro na odzież

48 euro wydaliśmy na higienę i kosmetyki, w tym:
– 25 euro na kosmetyki
– 15 euro na pranie
– 8 euro na prysznice

624 euro wydaliśmy na żywność, w tym:
– 416 euro na zakupy
– 73 euro na kawiarnie i bary
– 59 euro na fast foody
– 51 euro na tanie restauracje
– 25 euro na restauracje średnio drogie

143 euro wydaliśmy na zdrowie

To teraz wszystko razem, na jednym wykresie i z rozszerzonym opisem:

 

ZAKWATEROWANIE – 205 euro

Łącznie spędziliśmy:
– 34 noce pod namiotem
– 19 nocy przez workaway
– 7 nocy na couchsurfingu i u rodziny
– 3 noce w hostelu
– 1 noc na airbnb
– 1 noc w hotelu typu Budget

 

Najlepsza noc pod namiotem?

Trudno jednoznacznie określić. Przez te wszystkie dni sypialiśmy po lasach, na plażach, na polach, przedmieściach, raz nawet w miejskim parku i pod mostem.

W kwestii bezpieczeństwa można śmiało stwierdzić, że najlepsze noce mieliśmy na łąkach, niekoniecznie bardzo daleko od innych miejscowości. Nasze top trzy bezpieczeństwa to:
1) Polanka przy Lavandel, bo i tak poznaliśmy tam wszystkich dwudziestu mieszkańców. Z resztą o ich dobrych intencjach świadczył również fakt, iż sami zrobili nam zakupy na dalszą drogę.
2) Polanka w Lidlu – w Lidlu z dala od wszelkich miejscowości, odkrytym przez google maps. Co ważne, cały dzień kierowaliśmy się w tamtą stronę by odkryć, że sklep nie istnieje. No, wyrównują teren, może za trzy lata powstanie.
3) Polanka przy stacji kolejowej w Alhama de Aragón, gdzie przy rozstawianiu namiotu sarna przyglądała nam się z takim zaciekawieniem jakby człowieka na oczy nie widziała, a gdy już poszła, przez całą noc było wyjątkowo spokojnie.

Jeżeli chodzi o widoki najwspanialsze noclegi to:
1) Nocleg między półpustynnymi, gołymi górami gdzieś za Saragossą. Naprzeciwko, na horyzoncie tylko osamotniona winnica, wokół samo piękno.
2) Jezioro koło Serrat dels Morts z opuszczonym młynem na niewielkim wzgórzu, martwymi drzewami wystającymi ze środka jeziora po zalaniu dodatkowych połaci ziemi, ogromem śladów zwierząt wokół i kozicami na horyzoncie nad ranem
3) Portbou – pierwszy nocleg w Hiszpanii, na kamienistej plaży, do której trzeba było się pofatygować idąc nieco po klifie, nieco po niewielkich skałach wystających z wody. Plaża nocą nie do odwiedzenia, cała wyłącznie dla nas. Szum morza, fale rozbijające się o skały i gdyby tylko nasze karimaty poradziły sobie lepiej z łagodzeniem niedogodności spowodowanych przez kamienie pod spodem, byłoby perfekcyjnie.

W drodze do miejsca noclegowego, Jezioro koło Serrat dels Morts

Noclegi najmniej bezpieczne/przyjemne:
1) nocleg nieprzespany, przy stacji benzynowej w Belgii, gdzie łapaliśmy autostop. Najpierw kierowca TIRa obiecał nam podwózkę późnym wieczorem, potem w ostatniej chwili się rozmyślił. Było już ciemno jak diabli i padał deszcz. Spaliśmy pod betonowym stołem póki nie zaczęło nas podmywać. Później naprzemiennie na siedząco przy samej stacji.
2) Przy skarpie koło Gombren. Miejsce w teorii cudne – ludzi wokół brak, w niewielkiej odległości otwarty ogród warzywno-botaniczny, z którego można śmiało czerpać jadło i niestrzeżony otwarty basen miejski z dziurą w płocie. Niestety sielankę zakłócił zwierz, który z rozpędem zeskoczył ze skarpy jakieś 2 metry od naszego namiotu. Kawałek dalej i trzeba by wydłubywać jego kopyta z naszych potylic.
3) Przy drodze za Vallfogona de Ripolles – W dniu felernego noclegu musieliśmy zmierzyć się z nieaktualnymi szlakami trekkerskimi, wieloma elektrycznymi pastuchami, które zagradzały nam drogę i z jednym psem, spuszczonym na nas przez mało sympatycznego staruszka. To wszystko przyczyniło się do tego, że mieliśmy drobne opóźnienie w planach. Na godzinę przed zmrokiem, tradycyjnie zaczęliśmy się rozglądać za miejscem noclegowym,ale w Katalonii elektrycznymi pastuchami obwiązuje się nawet pola truskawek, a krowy wypasa absolutnie wszędzie. Było więc na tyle ciężko, że przez zmrok musieliśmy się rozbić za wielkim zbiornikiem na wodę, tuż przy drodze. Był to jedyny fragment terenu do potencjalnego nawracania, więc dwa razy budziły nas samochody jadące wprost na nas i trzeba było przerywać spanie by pomachać, że tu jesteśmy i nie zmiażdżcie nas, proszę.

Najdziwniejsze, najbardziej oryginalne noclegi:
1) Przyjemnie, choć creepy było gdy nocowaliśmy między polami kukurydzy, za Ponts. Zamiast stracha na wróble, na polu używane było samozgłaśniające się nagranie mówionej audycji radiowej. Całą noc więc pewien pan opowiadał nam coś po hiszpańsku. Nas nie odstraszył, ale ptaków wokół nie było widać.
2) Najbardziej oryginalny, choć w tym mocno pozytywnym znaczeniu był nocleg w wiosce naturystów za Leucate. Naturyzm praktykujemy również rozbijając się na dziko, ale miło było dla odmiany zostać legalnymi nocnymi nudystami.
3) Oryginalnym można na pewno nazwać i nocleg pod Landozel. Spaliśmy na wzgórzu, pod wielkim metalowym krzyżem (nie, na burzę nie było szans, więc spokojnie) w jakimś świętym miejscu. Święte, nie święte – ważne, że było źródełko z pitną wodą, co zawsze w podróży jest najważniejsze.

TRANSPORT – 372 euro

Łącznie przemierzyliśmy 3120 km, w tym:
– 1363 km autostopem i przez carpooling
– 1157 km pociągami
– 600 km pieszo

600 kilometrów pieszo! Średnio tyle, ile robiliśmy dawniej przez rok. Może nie jest to osiągnięcie na skalę rekordów Guinessa, ale dla nas jest to gigantyczny wyczyn, z którego jesteśmy osobiście bardzo dumni.

Szacunki te nie uwzględniają błądzenia, spacerowania po miastach, jakiejkolwiek aktywności podczas workaway (a przecież po górach trochę chodziliśmy, łącznie ze szczytem w którym się rozkochaliśmy – Pedraforca). To czyste wyliczenia na podstawie mapy.

W drodze na Pedraforca

Śmiało możemy przyznać, że:
– najgorzej łapie się autostop w Belgii, najlepiej natomiast w sąsiadującej z nią Holandii;
– najbardziej przyjazne psom w komunikacji miejskiej są Francja i Belgia, źle jest w Katalonii, lecz w pozostałej części Hiszpanii jest już absolutnie fatalnie;
– trekkerów, co nie dziwne, najłatwiej spotkać na wybrzeżu, natomiast Pireneje ludzie zwiedzają wyłącznie w samochodach
– gdy Hiszpan widzi człowieka z plecakiem, nie wytłumaczysz mu że nie idziesz do Santiago de Compostella

 

PIES – 205 euro

Pewnie mogłoby być mniej, oczywiście. Kiedy jednak Bestia przemierza z nami tak duże odległości, nie chcemy go karmić byle czym i wolimy zapłacić więcej za karmę premium niż załamywać ręce, że opadł z sił.

A Bestia zasygnalizował nam, że dalej nie idzie tylko raz. Było to niedługo po przedostaniu się na południe Francji. Wciąż jeszcze nasz pies był dość zdezorientowany zmianą trybu życia, a dodatkowo doszła bardzo nagła zmiana temperatury. Po kilku kilometrach usiadł w cieniu i spojrzał na nas wymownie. Naturalnie uszanowaliśmy jego wolę i zrobiliśmy w tym miejscu dłuższy postój. Później nawet zmajstrowaliśmy dla niego lektykę z kijków nordic walking i prześcieradła, ale poleżał na niej chwilę, po czym zeskoczył z wyrazem twarzy ‘no bez przesady, przecież już pójdę, pójdę”. Lektyka za to budziła spore zainteresowanie przechodniów, pytających czy ktoś jest ranny i czy mają wzywać pogotowie.

Sjesta dotyczy także piesków

Jeszcze pod koniec tułaczki przez Francję, Bestii bardzo się spodobał nowy charakter dnia. Zrzucił nadmiar sierści, przez co mniej sapał i miał więcej energii, z rana sam nas motywował by się zebrać,a w trakcie drogi znakomicie się zachowywał, chodząc przy nodze. Tak, Bestia właściwie sam z siebie nauczył się chodzić bez smyczy i zdaje się doskonale rozumieć, że bywają sytuacje gdy ma utrzymać bliską odległość (ruchliwe drogi, miasta), a kiedy indziej może sobie pozwolić na więcej swobody (góry, lasy, pola). Obecnie smyczy używamy wyłącznie w komunikacji miejskiej i, ewentualnie, gdy w okolicy jest sporo innych psów.

ROZRYWKA – 19 euro

Mało rozrywkowi jesteśmy, nie? Może dlatego, że sama tułaczka to wspaniała forma rozrywki? Może dlatego, że kupowanie dobrych rzeczy do jedzenia i picia zostało uwzględnione w innej kategorii, a w taki praktyczny sposób wynagradzaliśmy się najczęściej? Oczywiście wszelkie suweniry i tym podobne rzeczy odrzuciliśmy już przed wyjazdem, jako zbędna forma zaśmiecania świata. Najlepszą pamiątką są dla nas wspomnienia i zdjęcia. Nie potrzeba nam kawałka plastiku z Chin by pamiętać dobre chwile. Z resztą – kto by to niósł? Już teraz mamy na tyle ciężkie plecaki, że łapczywie przyglądamy się mijanym po drodze osłom, zastanawiając się czy ktoś by się zorientował gdybyśmy jednego zabrali ze sobą do dźwigania naszych bagażów. Jedyny problem jest taki, że z osłem już z pewnością nie wpuszczono by nas do żadnego pociągu ani hotelu.

Osioł kataloński, zagrożony wyginięciem. Ostatecznie nie porwaliśmy żadnego

EKWIPUNEK – 74 euro

Rzeczy się psują, rzeczy się gubią. Z czasem z pewnością wysokość wydatków w tej kategorii będzie rosła. Obecnie minimalizujemy wydatki na ekwipunek, wiedząc że te mniej pilne rzeczy z pewnością zdołamy zakupić w Chile po niższej cenie.

ŻYWNOŚĆ – 768 euro

Największy udział w wydatkach ma oczywiście zakup prowiantu i ewentualne stołowanie się w restauracjach/kawiarniach.

Wydaliśmy:
– 535 euro na zakupy
– 84 euro na fast foody
– 73 euro w kawiarniach
– 76 euro w restauracjach

Przez całą drogę w Katalonii, słynącej z oszałamiających ilości pastwisk, towarzyszył nam smród z ubojni bydła i krzyk rozpaczy zarzynanych zwierząt. Mało przyjemne doświadczenie, po którym stanowczo ograniczyliśmy ilość spożywanego mięsa.

Stołujemy się bardzo dobrze, wychodząc z założenia, że pełnowartościowa żywność stanowi nasze paliwo i umożliwia nam naszą tułaczkę. Kiedy trafiamy w miejsce, gdzie możemy odświętnie spróbować posiłku na ciepło w restauracji, rozpływamy się w rozkoszy i wzdychamy z zachwytu po każdym kęsie. Serio, bez przesady. Kiedy byliśmy w Krakowie, kupowaliśmy absolutnie wszystko bez zastanowienia. Każda kulinarna zachcianka była realizowana w tym samym dniu. Trzeba było sięgać coraz dalej i dalej, po finedining restauracje i coraz lepszych kucharzy. Dobrobyt trochę pozbawił nas przyjemności doświadczania najprostszych smaków. Szczęśliwie ją odzyskaliśmy.

Lunch time

Najciekawsze odkrycia smakowe?
– dżem czekoladowo jabłkowy
– kalmary z głębokiego tłuszczu
– pasta z bakłażana z cytryną
– gazpacho w wersji z gruszką
– tosty po katalońsku, z wtartym weń zmiażdżonym pomidorem i czosnkiem, polane oliwą z oliwek
– figi prosto z drzewa

KOSMETYKI I HIGIENA – 48 euro

Kwota ta byłaby znacznie niższa, gdyby nie było na naszej drodze większych miast. Niestety, o ile w górach można wykąpać się w strumieniu i tamże też wyprać swoje ubrania (mamy proszek neutralny dla środowiska, przeznaczony na takie właśnie sytuacje), o ile przy plaży to samo można zrobić dzięki wodzie z publicznych pryszniców do opłukiwania z soli, o tyle w dużych miastach zmuszeni byliśmy korzystać z pralni. Raz również zdarzyło nam się ulec pokusie wzięcia gorącego prysznica i zapłaciliśmy, by wykąpać się pod prysznicami miejskiego basenu.

Urządzenie wielofunkcyjne – wanna de Luxe i pralka w jednym

ZDROWIE – 143 euro

Mimo pewnych wydatków na zdrowie, śmiało możemy stwierdzić że dzięki tułaczce nabraliśmy zarówno formy jak i odporności.

Jak widać, cali i zdrowi, choć tu jeszcze nie tak szczupli, bo zdjęcie z początku sierpnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *